Klincz, który się kończy

Drukuj

Od lat jesteśmy w klinczu.

W klinczu dwóch partii, które nie potrafią (ani nie chcą) z niego wyjść.

Ale - moim zdaniem - ten czas dobiega końca. Efektem będzie wygrana innej siły, która nie jest jeszcze ukształtowana, ale od dawna jest na nią miejsce. Jest też wielkie społeczne oczekiwanie. Obecna polityczna epoka odchodzi do przeszłości – zresztą wraz z tradycyjnymi podziałami na prawicę i lewicę.

Są partie, które myślą, że znalazły cudowny sposób na wieczne trwanie przy władzy. (Czy każda partia, która wygrywa wybory, nie zaczyna w którymś momencie rozumować w ten sposób? Zazwyczaj to początek jej końca).

I są partie, których już nie ma, ale jeszcze o tym nie wiedzą.

Przyszłość zaś należy do tej, która przyniesie świeży pomysł, opowie zupełnie nową historię i obudzi tych, którzy są zniechęceni do polityki, uprawianej dla samej władzy (nie zaś dla ludzi). A tych zniechęconych jest bardzo wielu. Większość.

Właściwie zaczęłam pisać ten tekst od końca.

Początkiem miała być historia pomnika smoleńskiego, jaki od ośmiu lat powstaje w Warszawie. To, dlaczego nadal go nie ma, jest najlepszym dowodem na brak chęci wyjścia z gorszącego sporu o upamiętnienie tych, którzy sami już przemówić nie mogą.

Niestety, bardzo wielu osobom zależało na przedłużaniu sporu w tej sprawie. Piszę teraz przede wszystkim o partiach, które z konfliktu uczyniły narzędzie budowania poparcia. O partiach, których liderzy odkryli, że prościej jest ludzi skłócić niż zgromadzić wokół idei. I o partiach, które nie nie zauważyły, że to przestaje lub przestało już działać.

Sprawy mają się tak.

Pomnik smoleński powinien stać w Warszawie już od dawna. Jestem o tym przekonana, mając wciąż w pamięci nieprzebrane tłumy na Krakowskim zaraz po katastrofie oraz wielogodzinną kolejkę do pożegnania w Pałacu Prezydenckim. Ludzi, stojących wzdłuż trasy przejazdu kolejnych trumien, przewożonych z lotniska na Torwar. Ci ludzie przyszli tam z odruchu serca, chcąc się połączyć i pocieszyć w traumie. Tamte dni, a przede wszystkim wszyscy ci, którzy zginęli w feralnym locie, zasługują na upamiętnienie. Nie mam co do tego wątpliwości.

Ten pomnik nie powinien stać na cmentarzu, ponieważ cmentarz jest terenem szczególnym, w pewnym sensie zamkniętym. Pomnik upamiętniający tragiczną śmierć elity kraju i narodowy ból po stracie powinien stać w miejscu godnym, kojarzącym się z tamtym czasem. W tym sensie Krakowskie Przedmieście, gdzie tuż po katastrofie każdy biegł z potrzeby serca, jest miejscem właściwym.

Wstydem wszystkich stron sporu jest, że nie nastąpiło to do tej pory. Moim zdaniem nie ma na to usprawiedliwienia. I nie, nie trzeba było pytać o zdanie warszawiaków. To słaba wymówka. A jeśli dziś jakiś polityk rządzącej Warszawą Platformy twierdzi, że trzeba, to miał na to osiem lat. Trzeba było pytać. Jednak nie przypominam sobie, by w sprawie jakiegoś pomnika przeprowadzano referendum czy ankietę.

Jeśli dziś jakiś polityk Platformy mówi, że gdy PiS straci władzę, pomnik zostanie rozebrany (czy też zburzony), to mówi tyle, że nie zrozumiał kompletnie nic z ostatnich trzech lat, gdy Platforma traciła władzę i nie znalazła sposobu, by ją odzyskać. Wygląda na to, że już nie znajdzie. Co więcej – uważam, że jeśli Platforma i jej kandydat na prezydenta stolicy będą brnęli w opowieść o burzeniu pomnika i pytanie warszawiaków, to mają spore szanse przegrać walkę o Warszawę (Bronisław Komorowski w 2015 pokazał, jak przegrywa się wygrane bitwy w skali większej niż stolica). Zamiast utrwalania sporu trzeba pokazać nowe rozwiązania i nową jakość. Pod warunkiem, że się ją reprezentuje.

Ta historia jest gorsząca i źle świadczy o wszystkich. O tych, którzy chcą narzucać swoją wersję historii i podstępem prawnym wyszarpują kawałek miasta. O tych, którzy mając w ręku naprawdę godny projekt pomnika świateł porównywali go do nazistowskiego pomysłu, którego autorem był ulubiony architekt Hitlera, Albert Speer. Pomnik świateł jest też w miejscu tragedii WTC i tam jakoś nikomu nie przyszło do głowy, by czynić podobne porównania. Źle świadczy to także o tych, którzy twierdzili, że Trakt Królewski jest przestrzenią zamkniętą i nie da się tam wkomponować już nic, bez zburzenia układu przestrzennego tego miejsca. A jednak nie tak dawno, w zabytkowej, wpisanej na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO strefie, u zbiegu Miodowej, Podwala i Senatorskiej, stanął bardzo kontrowersyjny biurowiec, który zupełnie zmienia tamtejszą perspektywę. Czyli można.

Miastem rządzi (jeszcze) Platforma. Krajem – PiS. W katastrofie zginęli przedstawiciele wszystkich opcji. Elita. Przez osiem długich lat politycy nie byli w stanie porozumieć się co do sposobu i miejsca upamiętnienia jednego z najtragiczniejszych wydarzeń najnowszej historii Polski. Powtórzę – to zawstydzające.

Mam jednak przekonanie, że nadchodzi czas tych, którzy zamiast ciągłego sporu o pomniki i historię zaproponują budującą rozmowę o przyszłości.

 

Czytaj również
  • Andrzej Dobrowolski

    Jak zwykle bardzo mądrze.Jednak to co Pani przewiduje tak szybko chyba nie nastąpi.Zbyt dużo ludzi w naszym kochanym Kraju skażonych jest niewiedzą.Argumenty są nieważne liczą się tyko emocje.

  • Joanna Bródnowska

    Jestem przeciwna stawianiu pomnika ofiarom katastrofy. Nie ja jedna, była chyba na ten temat sonda wśród warszawiaków. Nie mają pomników ci, którzy zginęli w katastrofie Iła w Lesie Kabackim, nie mają ofiary wybuchu gazu w Rotundzie. Ponadto pomnik można stawiać w sytuacji jasnej, a nie takiej jak obecna – Polacy są ostro podzieleni w kwestii podstawowej: kto jest winien katastrofy. Czyje ofiary mamy upamiętnić? No i jest jeszcze niesłychany skandal z pogrzebem na Wawelu. Wystarczy. Nie ten czas i nie to miejsce. Krakowskie to zabytek, „aktualności” stawiamy w innym miejscu.

  • http://www.bbsoft.com.pl Staszek Bulandra

    Tak! Też mam nadzieję, że ten klincz się kończy. Nie rozumiem tylko co ma klincz do pomnika? Kontynuowanie dyskusji o pomnikach, „ciepłej wodzie w kranie”, „Polsce w ruinie” itp. odwleka tylko tę upragnioną przez wszystkich „budującą rozmowę o przyszłości”.